Po dotarciu do domu Damon wniósł
wszystkie walizki, a Stefan pooprowadzał i poprzydzielał dziewczynom pokoje. W
chwili gdy tłumaczył im wszystko, usłyszał Damona wchodzącego po schodach, a
następnie huk i obijanie się o schody kilku ciał stałych. Stefan zaśmiał się
mrocznie w duchu, wspominając butelkę po alkoholu, którą minął na schodach. Nie
on ją tam zostawił, ale wyobrażenie sobie tego aktu niezdarności starszego
wampira sprawiło mu mroczną przyjemność. Świętym Stefanem nie był tylko w
kontaktach z bratem.
- Co się stało? - zapytała Admes,
zerkając na schody.
- Pewnie przygniótł go ciężar
rodzicielstwa - zaśmiała się szyderczo Eviliddles.
Admes cichutko przemknęła obok
szatyna, by pomóc brunetowi pozbierać siebie i walizki. Ominęła ostrożnie
butelkę, po czym zjawiskowo potknęła się o jedną z walizek i spadła prosto na
Damona. Z góry słyszała nieudolnie tłumione chichoty, ale nie zwróciła na to
żadnej uwagi, podnosząc się szybko i pomagając wampirowi zrzucić z siebie
walizki.
- Dzięki - rzucił z krzywym
uśmiechem, niechętnie przyznając w myślach, że coraz bardziej oswaja się z istnieniem
nowych lokatorek. Problem pędził na niego czołowo.
Panna Dereville uśmiechnęła się
do niego lekko, wzięła parę walizek i zaczęła wspinać się po schodach. Gdy
dotarła do swojego pokoju, odstawiła je ostrożnie pod ścianę, trzy razy
upewniając się, że nic im nie grozi. Rozejrzała się jeszcze powoli, próbując
zapamiętać każdy szczegół pokoju. Ściany były w kolorze jasnego fioletu, meble
jasne i zajmujące dużą przestrzeń. Biurko, łóżko, kilka szafek i wywleczone na
środek wygodne, obrotowe krzesło.
Z ciężkim westchnieniem opadła na
łóżko, ale nie mogła zasnąć. Spojrzała za okno, na lekkie popołudniowe słońce.
Przez chwilę próbowała sobie przypomnieć masę Słońca, ale
zrezygnowała z tego szybko. Westchnęła i przeturlała się na brzuch, wtulając
bok twarzy w poduszkę i poddając się lekkiemu rozleniwieniu. Jej spokój nie
trwał jednak długo, gdyż jakiś szczwany homo sapiens wpadł przez drzwi z
półobrotu na Chucka Norrisa i rykiem godnym orangutana w trakcie godów. Admes
westchnęła w poduszkę, gdy Eviliddles podbiegła do jej łóżka i rzuciła się na
nią, przy okazji narażając na zmiażdżenie narządów wewnętrznych.
- Moje narządy wewnętrzne! -
pisnęła szatynka, ale poduszka częściowo to stłumiła. Podniosła głowę i rzuciła
kuzynce mordercze spojrzenie. - Czego tu?
- Nuuuuuuuuuuuuuuudzi mi się -
jęknęła Evi, podnosząc się i zepchnęła starszą dziewczynę z łóżka. - Chodźmy
pozwiedzać. Stefan się zaoferował, a Damon powiedział, że z chęcią by to
zobaczył.
Dereville podniosła się i
otrzepała, jeszcze raz rzucając kontrolne spojrzenie na walizki. Eviliddles
przyglądała się jej i czekała na odpowiedź, ponaglając spojrzeniem. Admes
odwzajemniła spojrzenie z nutą podejrzliwości i subtelnym skrzywieniem.
- Ale chcę frytki - ostrzegła,
grożąc palcem wskazującym lewej ręki, a potem prawej, bo tak było jej
wygodniej.
Eviliddles zadowolona wyszła z
pokoju, a Admes założyła tylko jakąś za dużą na nią (czyli w sam raz według
mrocznej bohaterki) bluzę z kapturem i trampki, oczywiście czarne jak szaty
Śmierciożerców, po czym zbiegła po schodach do salonu, gdzie Damon popijał
Burbon. Przez chwilę zatrzymała się, milknąc, ale zaraz potem zaczęła skradać
się w kierunku wampira. Ten jednak wykorzystał swoje
super-hiper-mega-ekstra-zajebiste moce i odwrócił się w jej stronę, unosząc
brew.
- Mogę trochę? - zakwiliła
najsłodziej, jak potrafiła, mierząc go spojrzeniem Kota w Butach ze Shreka.
- A pełnoletność zaliczona? -
Damon rzucił jej drwiące spojrzenie.
- Nie, ale no… - zawahała się na chwilę. -
Jak mi nie dasz, sama sobie wezmę. A wtedy będzie się działo! Oj, będzie!
- Nie dawaj jej! - ryknęła Eviliddles z zaangażowaniem, jakby od tego zależały losy wszechświata.
- Może już wyjdźmy - rzucił Stefan
z lekka niepewnie. - Do Grilla i w drodze pokażemy wam wszystko. I poznacie Elenę, Jeremy’ego, Bonnie,
Caroline, Matta, Tylera, Alarica, Meredith, Szeryf Forbes… - wyliczał wszystkich
mieszkańców Stefan.
- Tyle ludzi… Nie… - zapłakała
Admes jak klasycznie antyspołeczne Emo, objęła się ramionami i ruszyła na
poszukiwania czarnych żyletek. Przed wyjściem z pokoju zatrzymał ją jednak
Damon.
- Może jakoś ograniczymy te…
zapoznania? - zapytał Damon, wręczając kuzynce szklankę z Burbonem.
Admes wypiła zawartość naczynia z
błyskiem pożądania w oczach, a Eviliddles patrzała na to, obgryzając paznokcie,
jakby spodziewała się co najmniej Apokalipsy. Nic się takiego jednak nie stało.
Zamiast tego drzwi otworzyły się z hukiem, uderzając o ścianę, a w miejscu,
gdzie przed chwilą się znajdowały, stała blondynka. Blondynka, która była żywą
persofonikacją rzymskich Furii.
Salvatore’owie oraz Admes odruchowo się skulili.
Blondynka spojrzała na nich
rządnym krwi wzrokiem, jakby dopiero co nakryła kogoś z nich na kradzieży jej
drogocennego pluszaka w kształcie baribala. Damon w myślach starał się sobie
przypomnieć, czy ostatnio zrobił lub planował zrobić coś, co nie spodobało by
się Rebece. Nie mógł sobie nic takiego przypomnieć.
- Dobra, co się stało? - Stefan
zebrał swoje męstwo i został bohaterem w swoim domu.
- Klaus zaciążył tę głupią
wilczycę! - ryknęła Rebeka. - Będzie miał dziecko, rozumiecie?! Będzie miał
dziecko! On! On się do tego kompletnie nie nadaje! Dlaczego to musiał byś
właśnie on?!
- Czy my ci wyglądamy na Opiekę
Społeczną? - wtrącił Damon.
- Co nas obchodzi, że jakiś Niemiec będzie zmieniał pieluchy? - dodała Evi.
- Co nas obchodzi, że jakiś Niemiec będzie zmieniał pieluchy? - dodała Evi.
- Klaus to zdrobnienie od
Niklaus. Nie jest Niemcem - wyjaśnił cierpliwie Stefan.- Jest Pierwotną Hybrydą.
- Aha - powiedziały w tym samym
czasie Admes i Evi, jakoś niespecjalnie łapiąc sens jego wypowiedzi.