Kiedy Stefan i Damon zawitali na
adres podany w liście, drzwi otworzyła im mniej więcej piętnastoletnia
dziewczyna. Miała długie, brązowe włosy i ciemne oczy, była średniego wzrostu i
patrzyła na nich zaciekawiona. Salvatore’owie przyglądali jej się przez chwilę
zbici z tropu, ale Stefan szybko się otrząsnął.
- Yyy… My do babci Marceline -
oznajmił, czując na sobie spojrzenie nastolatki. - Podała nam ten adres…
- Babcia jest w salonie, ogląda
telewizję - oznajmiła niedbale dziewczyna. - Zaprowadzę was…
Szatynka, nie oglądając się na
nich, ruszyła w stronę wnętrza domu, na co bracia rzucili sobie nieco
zdezorientowane spojrzenia. Dziewczyna obejrzała się na nich, a zauważając ich
niemrawe miny, wykonała klasycznego face palma i zaprosiła ich do środka z
uśmieszkiem, który powoli zaczynał ich irytować. Zaprowadziła ich już bez żadnych komplikacji
do salonu, a tam zauważyli swoją babcię. I kilkaset skomplikowanych urządzeń
medycznych. Postęp medycyny zapewnia nieśmiertelność, pomyślał Stefan filozoficznie.
- Evciu, zostaw nas samych,
dobrze? Może przez ten czas odrobisz fizykę? - zapytała uprzejmie babcia, na co "Evcia" prychnęła z niedowierzaniem i oddaliła się w trybie ekspresowym.
- Przyszliśmy tutaj, bo masz na
nas haki - rzekł Damon bez ogródek, ignorując Stefana, który chciał załatwić
wszystko w drodze negocjacji. - Co mamy zrobić, żebyś o tym magicznie
zapomniała?
Stefan zmarszczył czoło. Damon posyłał staruszce mordercze spojrzenie i rzucał uporczywie w myślach "Avada
Kedavra". Babcia piła jakieś ziółka - werbenę, jak zauważył Stefan. Próbował zwrócić
na to uwagę Damona, ale ten zajęty uprawianiem magii hogwardzkiej, niedbale
machnął ręką, szturchając niechcący kobietę. Zawartość filiżanki znalazła się na
spodniach Stefana, który zaczął syczeć z bólu. Ani babcia ani Damon tego nie
zauważyli, zbyt pochłonięci grą w "Kto pierwszy mrugnie".
- Mój czas na tym piekielnym
padole dobiega końca - zaczęła pani Marceline.
- Nareszcie - Damon uśmiechnął
się, a Stefan przestał się rzucać.- Nie martw się, przyślemy ładny wieniec.
- Niedługo umrę, a wtedy nie
będzie nikogo, kto przejąłby opiekę nad dziewczynkami. - Staruszka posmutniała,
przez co Stefanowi zrobiło się jej żal, a Damon zachodził w głowę, o co chodzi
z „dziewczynkami”. - Chcę, żebyście się nimi zaopiekowali już teraz. Evcia i
Mesia wciąż są bardzo młode i potrzebują kogoś, kto zadba o ich potrzeby…
- Kim one są?! - nie wytrzymał
Damon.
- Evcia jest waszą siostrą, a
Mesia kuzynką - wycharczała w jego kierunku babcia siłą woli powstrzymując się
od dodania „ty niewychowany prostaku”. - Jak możecie tego nie wiedzieć? Mniejsza
o to. Jeżeli nie chcecie wycieku swoich brudów, przejmiecie nad nimi opiekę
prawną. Proszę o autografy, skarbeńki.
Podała im jakiś dokument,
wskazując miejsca, gdzie powinny się znaleźć ich podpisy. Bracia Salvatore
uzupełnili te miejsca, mając wrażenie, że podpisują swój własny akt zgonu. Albo
cyrograf, na jedno wychodzi.
- Dobra… To kiedy te
postanowienia wchodzą w życie? - zapytał Stefan ze zrezygnowaniem.
- Od teraz - zaśmiała się mrocznie
starsza pani. - Zabieracie je ze sobą i od tej pory to wy się o nie martwicie. I
zabieracie do psychiatry. Not maj problem. A teraz pozwólcie mi się spakować…
Las Vegas, przybywam!
Gdy Marceline wyszła z pokoju
tanecznym krokiem nucąc „Gangnam Style”, Damon też miał wrażenie, że zaraz
wyjdzie, tyle że z siebie. Zamiast tego rzucił Stefanowi ponure spojrzenie.
Młodszy z braci wciąż był skamieniały z szoku, a jego wargi poruszały się
bezgłośnie. Damon wstał, ciągnąc brata za sobą w kierunku hallu.
Tam, na schodach siedziały dwie dziewczyny
otoczone walizkami. Ta, którą widzieli wcześniej, pisała coś na telefonie,
opierając się o barierkę i nie zwracając na nich uwagi. Druga, nieco wyższa,
szczuplejsza i bledsza, siedziała skulona z plecami opartymi o ścianę i rzucała
na nich okiem ostrożnie.
- Ja jestem Stefan Salvatore, a
to mój brat Damon - oznajmił szatyn z pedagogicznym podejściem, zwracając ich
uwagę. - Teraz to my się wami zaopiekujemy na prośbę babci. Mam nadzieję, że się
dogadamy i spędzimy razem miło czas.
- Bla, bla, bla - wymruczeli pod
nosami Damon i niższa szatynka, po czym łypnęli na siebie lekko kpiąco. W tej
chwili Stefan uwierzył, że to ich siostra.
- Admes Dereville - przedstawiła
się cicho wyższa dziewczyna, wstając.
- Eviliddles Salvatore - rzuciła nonszalancko
druga, biorąc przykład z Admes. - Ale możecie mówić mi Evi. Jakkolwiek, byle nie
Evcia - wzdrygnęła się nastolatka.
Damon i Stefan szybko zapakowali
walizki dziewcząt do bagażnika, nie poświęcając uwagi cichym propozycjom pomocy
ze strony Admes. Damon w myślach zaczął nazywać ją świętą Stefanią.
W czasie drogi Damon prawie
zapomniał o siedzących z tyłu dziewczynach, bo Evi wykorzystała podróż jako
pretekst do drzemki, a Admes oglądała tylko sennie widoki za szybą. Stefan
rozwiązywał krzyżówkę. Brunet życzył sobie teraz tylko powrotu do domu.
Nareszcie.
Czytam to drugi raz, ale nigdy mi się nie znudzi! I rozbawia mnie dalej! :D
OdpowiedzUsuńCzekam na kolejny rozdział tu. (Chociaż i tak wiem co będzie dalej.) Więc... czekam na tym tam w tym zeszycie twym no xD
życzę weny ;D ;*
Czytam to drugi raz, ale nigdy mi się nie znudzi! I rozbawia mnie dalej! :D
OdpowiedzUsuńCzekam na kolejny rozdział tu. (Chociaż i tak wiem co będzie dalej.) Więc... czekam na tym tam w tym zeszycie twym no xD
życzę weny ;D ;*
super ;D nn?
OdpowiedzUsuń