28 kwietnia 2015

Rozdział I

Kiedy Stefan i Damon zawitali na adres podany w liście, drzwi otworzyła im mniej więcej piętnastoletnia dziewczyna. Miała długie, brązowe włosy i ciemne oczy, była średniego wzrostu i patrzyła na nich zaciekawiona. Salvatore’owie przyglądali jej się przez chwilę zbici z tropu, ale Stefan szybko się otrząsnął.
- Yyy… My do babci Marceline - oznajmił, czując na sobie spojrzenie nastolatki. - Podała nam ten adres…
- Babcia jest w salonie, ogląda telewizję - oznajmiła niedbale dziewczyna. - Zaprowadzę was…
Szatynka, nie oglądając się na nich, ruszyła w stronę wnętrza domu, na co bracia rzucili sobie nieco zdezorientowane spojrzenia. Dziewczyna obejrzała się na nich, a zauważając ich niemrawe miny, wykonała klasycznego face palma i zaprosiła ich do środka z uśmieszkiem, który powoli zaczynał ich irytować.  Zaprowadziła ich już bez żadnych komplikacji do salonu, a tam zauważyli swoją babcię. I kilkaset skomplikowanych urządzeń medycznych. Postęp medycyny zapewnia nieśmiertelność, pomyślał Stefan filozoficznie.
- Evciu, zostaw nas samych, dobrze? Może przez ten czas odrobisz fizykę? - zapytała uprzejmie babcia, na co "Evcia" prychnęła z niedowierzaniem i oddaliła się w trybie ekspresowym.
- Przyszliśmy tutaj, bo masz na nas haki - rzekł Damon bez ogródek, ignorując Stefana, który chciał załatwić wszystko w drodze negocjacji. - Co mamy zrobić, żebyś o tym magicznie zapomniała? 
Stefan zmarszczył czoło. Damon posyłał staruszce mordercze spojrzenie i rzucał uporczywie w myślach "Avada Kedavra". Babcia piła jakieś ziółka - werbenę, jak zauważył Stefan. Próbował zwrócić na to uwagę Damona, ale ten zajęty uprawianiem magii hogwardzkiej, niedbale machnął ręką, szturchając niechcący kobietę. Zawartość filiżanki znalazła się na spodniach Stefana, który zaczął syczeć z bólu. Ani babcia ani Damon tego nie zauważyli, zbyt pochłonięci grą w "Kto pierwszy mrugnie".
- Mój czas na tym piekielnym padole dobiega końca - zaczęła pani Marceline.
- Nareszcie - Damon uśmiechnął się, a Stefan przestał się rzucać.- Nie martw się, przyślemy ładny wieniec.
- Niedługo umrę, a wtedy nie będzie nikogo, kto przejąłby opiekę nad dziewczynkami. - Staruszka posmutniała, przez co Stefanowi zrobiło się jej żal, a Damon zachodził w głowę, o co chodzi z „dziewczynkami”. - Chcę, żebyście się nimi zaopiekowali już teraz. Evcia i Mesia wciąż są bardzo młode i potrzebują kogoś, kto zadba o ich potrzeby…
- Kim one są?! - nie wytrzymał Damon.
- Evcia jest waszą siostrą, a Mesia kuzynką - wycharczała w jego kierunku babcia siłą woli powstrzymując się od dodania „ty niewychowany prostaku”. - Jak możecie tego nie wiedzieć? Mniejsza o to. Jeżeli nie chcecie wycieku swoich brudów, przejmiecie nad nimi opiekę prawną. Proszę o autografy, skarbeńki.
Podała im jakiś dokument, wskazując miejsca, gdzie powinny się znaleźć ich podpisy. Bracia Salvatore uzupełnili te miejsca, mając wrażenie, że podpisują swój własny akt zgonu. Albo cyrograf, na jedno wychodzi.
- Dobra… To kiedy te postanowienia wchodzą w życie? - zapytał Stefan ze zrezygnowaniem.
- Od teraz - zaśmiała się mrocznie starsza pani. - Zabieracie je ze sobą i od tej pory to wy się o nie martwicie. I zabieracie do psychiatry. Not maj problem. A teraz pozwólcie mi się spakować… Las Vegas, przybywam!
Gdy Marceline wyszła z pokoju tanecznym krokiem nucąc „Gangnam Style”, Damon też miał wrażenie, że zaraz wyjdzie, tyle że z siebie. Zamiast tego rzucił Stefanowi ponure spojrzenie. Młodszy z braci wciąż był skamieniały z szoku, a jego wargi poruszały się bezgłośnie. Damon wstał, ciągnąc brata za sobą w kierunku hallu.
Tam, na schodach siedziały dwie dziewczyny otoczone walizkami. Ta, którą widzieli wcześniej, pisała coś na telefonie, opierając się o barierkę i nie zwracając na nich uwagi. Druga, nieco wyższa, szczuplejsza i bledsza, siedziała skulona z plecami opartymi o ścianę i rzucała na nich okiem ostrożnie.
- Ja jestem Stefan Salvatore, a to mój brat Damon - oznajmił szatyn z pedagogicznym podejściem, zwracając ich uwagę. - Teraz to my się wami zaopiekujemy na prośbę babci. Mam nadzieję, że się dogadamy i spędzimy razem miło czas.
- Bla, bla, bla - wymruczeli pod nosami Damon i niższa szatynka, po czym łypnęli na siebie lekko kpiąco. W tej chwili Stefan uwierzył, że to ich siostra.
- Admes Dereville - przedstawiła się cicho wyższa dziewczyna, wstając.
- Eviliddles Salvatore - rzuciła nonszalancko druga, biorąc przykład z Admes. - Ale możecie mówić mi Evi. Jakkolwiek, byle nie Evcia - wzdrygnęła się nastolatka.
Damon i Stefan szybko zapakowali walizki dziewcząt do bagażnika, nie poświęcając uwagi cichym propozycjom pomocy ze strony Admes. Damon w myślach zaczął nazywać ją świętą Stefanią.
W czasie drogi Damon prawie zapomniał o siedzących z tyłu dziewczynach, bo Evi wykorzystała podróż jako pretekst do drzemki, a Admes oglądała tylko sennie widoki za szybą. Stefan rozwiązywał krzyżówkę. Brunet życzył sobie teraz tylko powrotu do domu. Nareszcie. 

3 komentarze:

  1. Czytam to drugi raz, ale nigdy mi się nie znudzi! I rozbawia mnie dalej! :D
    Czekam na kolejny rozdział tu. (Chociaż i tak wiem co będzie dalej.) Więc... czekam na tym tam w tym zeszycie twym no xD
    życzę weny ;D ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam to drugi raz, ale nigdy mi się nie znudzi! I rozbawia mnie dalej! :D
    Czekam na kolejny rozdział tu. (Chociaż i tak wiem co będzie dalej.) Więc... czekam na tym tam w tym zeszycie twym no xD
    życzę weny ;D ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. super ;D nn?

    OdpowiedzUsuń